Może za dużo myślę. Ale wiesz dochodzę do wniosku, że mimo tego iż otaczam się non stop znajomymi, wychodzę z nimi, rozmawiam, nadal czuję pierdoloną pustkę.
Dobrze jest mieć przy sobie kogoś kogo kochasz i wiesz, że druga osoba czuje to samo. Nie wracasz sam do pustego mieszkania, mimo tego, że są w nim ludzie. Ale to nie ma znaczenia. Wiesz dlaczego? Bo doskonale wiem, że to pierdolona maska, której staramy się unikać, ale i tak ją zakładamy.
Co z tego, że mogę pojechać gdziekolwiek, spotkać się z kimkolwiek, jak tak naprawdę przebywając z ludźmi możesz czuć się jeszcze bardziej samotny w znaczeniu metaforycznym, niż siedząc sam. I to jest właśnie sprzeczność.
Mam ochotę pierdolnąć tym wszystkim o ziemię, wyrzucić wszystko co mam, najchętniej samą siebie wypierdoliłabym do kosza, a żeby było jeszcze lepiej, czekając aż cały piękny syf mnie wciągnie.
Zamiast pomyślec odrobinę o samej sobie, wolę ogarniać czyjeś życia, problemy, pomagać itd. Ale czy ktokolwiek gdy to ja potrzebuje w końcu kurwa wyrzucić z siebie wszystko, wszystkie złe emocje i agresję, która z dnia na dzień się nasila i to nie tylko przez roślinkę, dzięki której dużo zrozumiałam, i wyjechać gdziekolwiek.
Nie chcę tu przebywać znów, po prostu i dużo rzeczy robię źle, okłamuje ludzi, tylko dlatego, że nie wiem co mam im kurwa powiedzieć.
Ma być zabawnie, niebezpiecznie i tylko tyle chce widzieć większość moich znajomych. Są pierdolonymi egoistami. I nieważne co zrobię, na sam koniec i tak będę tylko błotem zmieszanym z najgorszym emocjami, po których przejdzie mnóstwo butów.
Znów nie chce mi się żyć, ale nie w takim sensie, że zrobiłabym sobie krzywdę, bo jaki to ma sens? Wyrzuty sumienia, refleksje ze strony innych. Pragnę po prostu zniknąć, odciąć się od tego wszystkiego, tylko póki co nie wiem jak to zrobić.
Chce przestać istnieć, na rok, dwa, czy nawet tydzień, byle by pomogło. I wiesz co, ucieczka od samej siebie i innych to jest wyjście, chociaż nie uważa się tak.
Ale co jeśli, już naprawdę tracisz ostanie siły by walczyć o to, co i tak możesz stracić w ciągu sekundy? Albo starać o coś czego i tak nie ma. Bo nie mam nic, gubię się sama w swoich myślach i życiu, które zamiast przynosić jakiekolwiek momenty szczęścia, cały czas dołuje.
Krążymy w kółko, osiągamy coś, tracimy i wpierdalam się w niepotrzebne relacje, nałogi, które przynoszą tylko kolejne problemy.
A może po prostu muszę się naćpać, skoro tylu ludzi uważa, że to pomoc?







